środa, 2 stycznia 2013

Sylwester z Polsatem, praskie: Ahooj i Legia rządzi!

               No i jestem. Alfa i pierdolony kujon, której przyjaciele to wianuszek z kółka różańcowego. Ech, nie za dobrze to brzmi... Mam jednak nadzieję, że z biegiem kolejnych notek, ten obraz zostanie choć trochę rozjaśniony (albo wyjdę na jeszcze gorszego frajera, whatewah). Jeśli mogę coś dodać na swój temat to powiem,  że moje hobby to j. niemiecki i podbijanie świata z Omegą (pod trzepakiem, potocznie zwanym czepakiem), spożywanie wykwintnych trunków (michel stanowi tu pozycję prowadzącą oczywiście) z tąże Omegą i niekiedy z Tajemniczą A, do której dojdziemy później ("dojdziemy" w jej przypadku jest również słowem kluczowym), no i ogólna walka o przetrwanie w świecie, który mnie otacza. Ale może przejdę do szczegółów.
             Ciężko mi idą te początki pisarstwa, głównie dlatego, że ostatni raz, gdy prowadziłam bloga miał miejsce jakieś 6 lub 7 lat temu, gdy byłam jeszcze hot 13-stką, a moje "słitaśne notki" ograniczały się do pisania miliona emotikonek, przerywanych : lofff i koff, opisywania szczegółowo mojej każdej "krejzolskiej przygody", ewentualnie żalenia się na moje wyimaginowane przeżycia miłosne, któremu towarzyszyło zastanawianie się, czy moja ekierka jest wystarczająco ostro do pocięcia się. Tak, wiem, mam straszną przeszłość, ale próbuję z tym żyć (chociaż użalanie się nad wyimaginowanymi przeżyciami miłosnymi pozostało, wybaczcie!). Mam nadzieję, że moje współczesne pisarstwo będzie zdecydowanie inne od moich radośnie-żałosnych początków, co podsumuję krótko i zwięźle: Już was nie loffciam, skurwysyny! :*
             Skoro już wiecie co nieco o mnie, to przejdę może do wydarzeń ostatnich dni. Ze względu na to, że mamy styczeń, warto by było opowiedzieć coś o Świętach. Moje - wyglądały tak jak zawsze. Ciepła rodzinna atmosfera, przerywana tylko czasem radosnymi komplementami na temat nieobecnych i obecnych członków rodziny ("Przecież X nie skończył żadnej szkoły, tylko myje sracze w ....", "Ale jak się ma takich rodziców to cóż się dziwić...", "Coraz bardziej upodabnia się do naszej rodziny - głównie pod względem wagi, tłuścioszek!") i stałymi pytaniami: "A ty masz już jakąś sympatię?", w domyśle: "Znajdź sobie kogoś wreszcie, bo wstyd i hańbę przynosisz rodzinie, ja w twoim wieku miałam już męża, dwójkę dzieci, a może i wnuczęta!", a wszystko przy zapachu świętecznego kompotu z suszu i świątecznej wódki. Zdarzały się jednak również elementy radosne, tak jak wizyta u mojego wujka chrzestnego, który po wypiciu dość konkretnej ilości kompotu z wódki, przepijanego czasem tym z suszu, opowiedział zebranym, że udzielam korepetycji Edycie Górniak, a mój *chłopak-milioner ma rozliczne ziemie na Mazurach i Pomorzu, Kresy Wschodnie w zasadzie też są jego!
*dla uściślenia - ten chłopak-milioner to Cepus Niezdarus, wspomniany już w poprzedniej notce, który bynajmniej nie jest milionerem, i który nie był, nie jest i nie będzie moim chłopakiem. Po prostu kiedyś na skutek nieprzewidzianego splotu wydarzeń zdarzyło się, że moja rodzina go poznała i od tego czasu jawi się w ich oczach jako ich zięć/wnuk/kuzyn i są święcie przekonani, że moje zaprzeczenia są tylko objawem wstydu młodzieńczej miłości, a tak naprawdę to niebawem zabiją dla nas dzwony kościelne... Ekhm, zaraz wracam, tylko zwrócę obiad.
            Poza tym oczywiście milion "tak bardzo szczerych" życzeń świątecznych na facebooku, podczas czytania których mam zawsze ochotę wyrzucić laptopa przez okno... Nie wspomnę już o idiotycznych wierszykach świątecznych (tak samo szczerych), wysyłanych metodą: "kopiuj-wklej", które podczas każdych Świąt wkurwiają mnie tak samo. Pewnie dlatego w tym roku dostałam tylko 5, zamiast 50-sięciu tak radosnych życzeń (mam nadzieję, że odpowiedź: "Nawzajem" była tu wystarczająca). W każdym razie, Święta minęły, a kilogramy jedzenia zostały strawione (z nieustającą nadzieją: "Może w tym roku pójdzie w cycki..."), jednak nie mogłam cieszyć się dalszym ciągiem Świąt w domu, ewentualnie pod dobrze nam znanym czepakiem - nadszedł wyjazd z również wspomnianym wcześniej, kółkiem różańcowym z katolickiego gimnazjum, zawnego potocznie: katolem. Sama nie wiem, czemu z nimi spędzam czas - chyba dlatego, że łączy mnie szkolny sentyment gimnazjalnych lat, gdy wraz z nimi dzieliłam się moją "słitaśnością i krejzolstwem". Poza tym za każdym razem łudzę się, że może się choć trochę zmieniły, że może tym razem będzie lepiej... Niestety, nie zmieniły się. Koleżanka X to osoba, której zachowanie za każdym razem przypomina mi głównego bohatera filmu "Ja Robot" (potrafi się nie odzywać przez 3 godziny a jej chęć do życia i zabawy i ogólną energię życiową mogę porównać do zachowania mojego psa, który ma około 80 lat), oraz koleżanka Y, która z kolei ma ZBYT DUŻO energii życiowej i po 12 godzinnej podróży potrafi nawijać (przez kolejne 12 godzin), głównie na temat tego, jak wszyscy wokół niej są źli i okrutni, a ona wyróżnia się błyskotliwością, poczuciem humoru i ogólnym obyciem. GŁOŚNO nawijać. Na sam cel podróży nie mogę jednak narzekać - wylądowałyśmy w Pradze (i bynajmniej nie tej warszawskiej), z którą wiąże się u mnie wiele wspomnień (Omega wie coś na ten temat) i która w zimie wygląda pięknie - poza tym na czas Świąt przyjeżdża tu tak wiele turystów, że na obszarze paru metrów kwadratowych można obserwować przekrój wszystkich ras i narodowości (poczuć na własnej skórze też - Most Karola był tak przepełniony, że ciężko było się przez niego przebić, nie czując azjatyckiego łokcia w swoim żebrze lub palca Niemca w brzuchu). Zetknięcie z innymi kulturami (lub, może mówiąc dokładniej - zderzenie) było więc wyjątkowo dobitne. Poza tym, w celach ograniczeń finansowych, dzieliłyśmy nasz pokój hotelowy (hotelowy? chyba raczej akademicki...) z ludźmi z całego świata, co stanowiło dość wstydliwe, lecz jednak ciekawe doświadczenie. Gdyby nie to, to możliwe, że zebrałoby mi się na wspominki lat młodzieńczych (?) i wzięłabym się za próbę samobójczą, zaczynając od ostrzenia ekierki. Podczas tego wyjazdu zwiedziłam chyba wszystkie możliwe muzea, galerie i kościoły (koleżanka Y ma podobną chęć do życia, czyt. imprez do koleżanka X, toteż na nocne życie w metropolii czeskiej nie mogłam liczyć - dobrze, że przynajmniej wypicie piwa było mi dozwolone), dowiedziałam się, że wyglądam jak Turczynka (a przecież ostatniego kebaba jadłam tydzień temu...), i zrozumiałam, że jeśli chce się przeżyć niezapomniane (lub zapomniane) przeżycia za granicą to lepiej jechać w doborowym towarzystwie, co by czeskie 'Ahoj!' nie zamieniło się w nieco mniej radosne: 'A huj...'.
                  Po paru dniach nadszedł czas 12-godzinnej podróży powrotnej, po której z urodą zombie wytoczyłam się z autokaru na ulice Warszawy i z niecierpliwością oczekiwałam Sylwestra... Do ostatniej chwili łudziłam się, że w tym dniu, a raczej tej nocy będzie mi towarzyszyć koleżanka Omega, z którą imprezy są zawsze... nietypowe, niestety zły los nas rozdzielił i przyszło mi świętować (choć nie wiem czy to słowo jest odpowiednie w odniesieniu do mojego Sylwestra) z towarzystwem z Pragi. Pierwszy rzut oka na moje koleżanki i ich miny, które wyrażały: "Nienawidzę Sylwestra, nienawidzę Warszawy, was też nienawidzę" sprawił, że zaczynałam się zastanawiać co ja tu właściwie robię... Żeby jednak się całkiem nie załamać, postanowiłam, że ja na przekór wszystkiemu, będę się bawić świetnie. Choć tęskniłam za Omegą i naszymi melanżami jak za jakimś jebanym ukochanym (a możliwe nawet, że bardziej) to jednak z lichą nadzieją ok. godziny 21 wyruszyłam na warszawski rynek. Tutaj powitał mnie uroczy głosik Kasi Cichopek i  Krzysztofa Ibisza. W otoczeniu przygnębionych życiem koleżanek-katoli, rodziców z dziećmi i nawalonych studentów (wtedy poznałam co oznacza prawdziwa zazdrość...) bujałam się do hitów takich "gwiazd" jak Ewa Farna, Kora czy Liber. Niestety zobaczyć ich na żywo nie było mi dane, gdyż jedyny widok przede mną stanowiło tysiąc głów i wyciągniętych rąk. Choć nie były to szczególnie moje muzyczne klimaty, to jednak czułam, że coś się dzieje, a kiedy usłyszałam ze sceny: "łop łop łopa gan gan stajl" i "ona tańczy dla mnie" nadzieja wstąpiła w moje serce i zaczęłam tańczyć, skakać i drzeć ryja na pół rynku, myśląc sobie, że nawet towarzyszki stojące jak posąg i rzucające zdegustowane spojrzenia nie będą w stanie zepsuć mi humoru. Nawet jedna z nich zaczęła po pewnym czasie tańczyć ze mną, co rozpatruję w kategoriach cudu! Po północy skierowałyśmy się w drogę powrotną do domu koleżanki X, a że moje skomlenia o jakiś alkohol nie przyniosły skutku, to tego Sylwestra spędziłam CAŁKOWICIE TRZEŹWO, bez choćby JEBANEJ KROPLI szampana (propozycje kupienia Piccolo potraktowałam jako mało śmieszny żart...). Droga na przystanek była zaiste ciekawa - pijani debile odpalali race, petardy i sztuczne ognie na ulicach Warszawy na co przechodnie reagowali z wrzaskiem i dzikim przerażeniem w oczach, jakby się bali, że zaraz zostaną zbombardowani (no dobra, przyznaję się - ja też należałam do tych przechodniów). Faktycznie ciekawym doświadczeniem były strzelające zewsząd fajerwerki, nawet spod Twojej stopy...Nocnym autobusem, w otoczeniu panów kibiców powróciłyśmy do mieszkania koleżanki X, podczas to której podróży dowiedziałam się, że Legia rządzi, a Polonia jest kurwą i nawet pani Hania jest za Legią. Wkurzony kierowca co chwila groził, że nie będzie jechać dalej, póki towarzystwo się nie uspokoi (co panowie kibice komentowali błyskotliwym: kierowca też kurwa), dlatego też cała podróż zajęła nam około 50 minut. Ogólnie uznałabym ją za całkiem zabawną, gdyby nie fakt, że do środka autobusu nocnego numer 61, wpakowała się połowa osób bawiących na warszawskim rynku, przez co przebywałam w szczególnej bliskości z pijanymi podróżującymi i czułam każdy centymetr mojego ciała. Z radością wysiadłam więc na osiedlu "Zacisze" i zasnęłam, myśląc sobie, jak to będzie pamiętać w szczegółach całą imprezę. Zbyt długo niestety nie pospałam, gdyż koleżanka Z, która nie brała udziału w naszym wyjeździe, zarezerwowała bilety na autobus na godzinę 8 rano (bez komentarza), więc z uczuciem podobnym do największego kaca mordercy pomknęłam do metra, a potem z radością powitałam ojczyste ziemie. THE END!
                    Dobra, na dziś koniec jęków, wracam do czynności, które każdy pierdolony kujon najbardziej lubi (jakiś serialik, a może XBox..?), a że w piątek szykuje się kolejne michelowe posiedzenie, to sądzę, że już niebawem spłynie na nas kolejny strumień natchnienia i kreatywności, tak więc - zapraszamy już niebawem!
                 Spragniona alkoholu i ŻYCIA Alfa
           
                   

Moja pierwsza homilia



Początki zawsze są trudne, mawiają. Ja za to zaczynanie wszystkiego od zera opanowałam do perfekcji, zmiany już mnie nie przerażają, wręcz przeciwnie, te skoki adrenaliny sprawiają mi dziką przyjemność.  Pod tym względem moim całkowitym przeciwieństwem jest Alfa, która dumnie brnie do  wyznaczonego przed wieloma miesiącami celu o mało, że się tak wyrażę, dupa się jej nie zapali. Taki los pierdolonego kujona. Alfa zajmuje pierwsze miejsce w naukowym wyścigu szczurów, biegnie do celu po trupach,a co za tym idzie nikt z rówieśników,napalonych blond studentek, nie dostrzega jej bogatego, barwnego wnętrza. Nikt oprócz mnie, rzecz jasna. Kiedy skonane po obcowaniu z ludźmi, których nie znosimy(a wręcz doprowadzają nas do białego wkurwu) mamy okazję od czasu do czasu spotkać się wieczorem pod trzepakiem i obalić Michela, wtedy tworzy się historia. Uwalniamy nasze wnętrza, otwieramy umysły, zamykamy oczy...a potem to już z górki. Tak wiem, że to dziwnie brzmi, ale uwierzcie nigdzie nie ma bardziej niepowtarzalnego klimatu. Trzepak to nasza miejscówa z dala od ludzi ,tylko my i kochane procenty. I napierdalanie na cały świat jaki jest zły i niedobry.
 Nasz psychiatra, no dobra może to bardziej psychiatra Alfy niż mój, zalecił zajęcie dodatkowe w celu wyładowania frustracji.  Jakiej kurwa frustracji?! 
No tak trochę przydługawy ten wstęp, w sumie może i zbędny, takie wprowadzenie do narzekania, ale po co? Przecież narzekanie to nasz sport narodowy.  Tak, wszyscy znamy i rozumiemy swoją sytuacje.
Teraz to już nie wiem od czego zacząć, co powinnam opisać w celu pozbycia się złych emocji i ku przywróceniu mojej wewnętrznej nirvany? Nieudane święta, nieudany sylwester, nieudane pseudo związki, a może fenomen jednej z naszych wspólnych znajomych, której wartość jak uważa zależy od liczby napalonych chłopców gwałcących ją wzrokiem?
No dobrze, może zacznę tę sesje terapeutyczna od opisania Sylwestra. Tak, pamiętam go czyli już jest źle. Ale nie martwcie się erotyk o ’’ Tajemniczej A’’ i wygłodniałych bestiach już niedługo.
Domówki od zawsze kojarzyły mi się z bardzo udanymi imprezami, no wiadomo może nie od razu jakieś dziwki,koksy i lasery,ale zajebisty humor i pląsy do białego rana (może aspekt obdzwaniania po pijaku wszystkich znajomych pominę,na szczęście z niektórych rzeczy się wyrasta) zawsze. Jako że wróciłam na święta z Miasta Brudów i Wyrąbanych Chodników w moje rodzinne,kochane strony, postanowiłam,  że Sylwestra również tutaj spędzę. Byłam pewna, że źle być nie może, ‘’zła impreza z Alfą? Przecież razem rozkurwiamy kosmos!” Tak. Tylko, ze Alfa tuż po świętach wyjechała na niezapomnianą dziką przygodę ze swoim kółeczkiem różańcowym i nie udało się jej wrócić na Sylwestra. Na początku miałam jej za to zabić psa, potem wszystkich znajomych z facebook'a, a na końcu znajomych znajomych...ale nieoczekiwanie pojawiła się propozycja od kolegi z liceum (nazwijmy go...Cepus Niezdarus) na wkręcenie się na jakąś domówkę. W moich oczach od razu pojawił się znaczący błysk, myślę sobie ‘’zajebiście, w końcu odreaguje te sztuczne święta’’. Jeśli mam być szczera, na inne propozycje imprezowania od znajomych z moich rodzinnych stron nie miałam co liczyć, moja egocentryczna postawa i zbyt pewne siebie zdobywanie świata odstrasza ludzi. Zresztą o niczyją aprobatę na siłę zabiegać nie ma sensu, a uwagi typu ‘egalitarna suka’ traktuję jako komplement. Wracając do tematu…niestety zapomniałam o jednym znaczącym szczególe, Cepus Niezdarus to flegmatyk, introwertyk, INFORMATYK, brzmi dziwnie jak na zapowiedź udanego wieczoru, co?  I oto stało się,wchodząc do mieszkania poczułam się trochę jakbym przechodziła na drugą stronę, pompatyczna muzyka, czerwone światło, duszący zapach kadzidełek. Na dywanie w kółeczku jak dzieci w przedszkolu, siedziało kilka osób z tabletami. Moja pierwsza myśl – ‘’kurwa mać.’’ Moja druga myśl – ‘’kurwa, jakaś sekta.’’ Moja trzecia myśl – wiszący na drzewie Cepus Niezdarus. Rozglądam się po ścianach, cały pokój obklejony plakatami mang i innych japońskich dziwnych stworów.” Zajebiście, czyli jednak sekta” myślę sobie i powoli nalewam wódkę do kieliszka żeby się uspokoić. Po dłużej chwili jeden z Czarnoksiężników Mang zabrał głos, intrygowało go bowiem czy generał Hujos zginął pod Cecorą, a może było to Vichy? Spoko, też lubię inteligentne tematy, tylko czemu musimy bawić się w dyskurs filozoficzny akurat w sylwestrową noc? I się zaczęło: japońskie bajki,japońskie lotniskowce,japońskie zwyczaje,japońskie kurwa drzewa, wiewiórki, kamienie. Mój umysł na szczęście powoli odurzał się przeźroczystym płynem, jak dobrze, że miałam to słodkie znieczulenie przy sobie. Inaczej przyszłoby mi sączyć jedną lampkę wina z sake przez całą godzinę. Szczerze mówiąc już wolałabym w tym czasie tańczyć gan gan stajl albo wić się do ‘’ona tańczy dla mnie’’ z Alfą pod sceną w stolicy, ale nie. Bo ja zaufałam niedoszłemu informatykowi. Nie wytrzymałam, kulturalnie uciekłam po angielsku. Nawet nie wiem ile wypaliłam zaraz po wyjściu w takim byłam amoku. Moje dwie cenne godziny życia zmarnowane,a mogłam się w tym czasie bawić w obliczanie pierdolonego ekstremum funkcji (no dobra może to niekoniecznie dobry przykład,ale na pewno znalazłoby się mnóstwo ciekawszych rzeczy np. picie w łóżku ). Ale druga część imprezy już nie była taka zła(‘’taa, pocieszaj się!’’ krzyczy w tym momencie moja podświadomość)  flaszkę miałam, fajki też, znalazła się nawet jakaś porządna muzyka w telefonie, no i najważniejsze, miałam doborowe towarzystwo czyli...samą siebie. Żyć nie umierać.
Frustrowała mnie tylko jeszcze jedna myśl (uwaga teraz będzie żałośnie,ale panie doktorze, czy terapia miałaby sens bez wspominania?) otóż mój były, powiedzmy…Cepus Pseudointelektus, bawił w tym czasie na dzikiej imprezie w Mieście Brudów. On. A ja, pani świata, która na dobrą sprawę pokazała mu te wszystkie uroki życia, odbiła go od dna i uratowała od towarzyskiej śmierci, była sama jak palec. Ale za to już wolna i pijana.

                                                                                                                                   Omega